Escalivada na toście z grillowanym pstrągiem i sosem picada + KONKURS


Gruby koc, ciepła herbata i dobra książka w ręku - czy jest lepszy sposób na relaks po ciężkim dniu? Szczególnie w zbliżające się jesienne i zimowe wieczory, kiedy chętniej zostajemy w domu. Nie będę ukrywać, że po dniu pełnym obowiązków najczęściej wybieram książki, które pozwolą mi się zrelaksować i przenieść na moment do innego świata. Dziś chciałam polecić Wam właśnie taką pozycję - "Tajemnicę zaginionej ślicznotki" hiszpańskiego pisarza Eduardo Mendozy - zabawną, ale trzymającą w napięciu historię kryminalną. Dla miłośników takich książek mam niespodziankę na końcu wpisu!


Literatura - czasoumilacz


Wiele osób wstydzi się tego, że czyta lekkie książki, a już z pewnością kryminały. Zupełnie tego nie rozumiem! Po ciężkim dniu nie mam ochoty na poważną literaturę. Wybieram za to książki przyjemne, które czyta się szybko i które dostarczają rozrywki i relaksu. A "Tajemnice zaginionej ślicznotki" to historia lekka i przezabawna, praktycznie na granicy absurdu. Z pewnością rozweseli Was w chłodne wieczory i oderwie myśli od problemów dnia codziennego. 

Eduardo Mendoza już po raz piąty zaprasza nas do śledzenia przygód szalonego, ale uroczego detektywa - amatora, obdarzonego niezwykłym talentem do wplatania się w kryminalne kłopoty. Tym razem detektyw - damski fryzjer zostaje uwikłany w zabójstwo sławnej topmodelki i musi dowieść swej niewinności.

Choć "Tajemnice zaginionej ślicznotki" mają w sobie sensacyjne wątki znane mi z kryminałów, które pożyczam od mojego Męża, ta książka jest od nich zupełnie inna, pełna nieprawdopodobnych zdarzeń i wspaniałego humoru. W książce autor bawi się konwencjami, gatunkami, śmieje się z ludzi i ich przywar. A wszystko dzieje się na ulicach cudownego miasta - Barcelony! 



Moje danie dla Detektywa Eduardo Mendozy


Z okazji premiery książki "Tajemnica zaginionej ślicznotki" Wydawnictwo Znak zaprosiło mnie do fajnej zabawy - wymyślenia dania detektywa, wariacji na temat tradycyjnego dania kuchni barcelońskiej, miasta w którym toczy się akcja powieści.

Bazą mojego przepisu jest escalivada -  klasyczna katalońska przystawka złożona z grillowanego bakłażana, papryki oraz cebuli - w końcu mamy nie nie sezon! Zamiast na półmisku, podałam ją na kromkach chleba, tworząc rodzaj uwielbianego przez Hiszpanów tapas, którym fryzjer-detektyw może zajadać się w jednym z barcelońskich barów. Sos picada to kolejny klasyczny kataloński dodatek - jest trochę jak pesto pozbawione sera na bazie natki pietruszki z dodatkiem migdałów - wspaniały aromatyczny sos!

Escalivadę często podaję się jako dodatek do ryby. Wybrałam pstrąga, ponieważ łatwo go u nas dostać, ale równie dobrze możecie zamienić go na dorsza lub makrelę czy inną ulubioną rybę. Jeżeli nie macie ochoty grillować ryby, zamieńcie ją na tuńczyka z puszki lub fileciki anchois (escalivada podana z anchois to popularna katalońska przystawka). W wersji obiadowej zestawcie rybę i escalivadę z gotowanymi lub pieczonymi ziemniakami, a w wersji wegetariańskiej zamieńcie rybę na sadzone jajko - polane picadą będzie boskie :)



Konkurs - Wygraj serię 5 książek Eduardo Mendozy


Razem z Wydawnictwem Znak zapraszam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania cała seria 5 książek Eduardo Mendozy o komicznych przygodach szalonego fryzjera detektywa. Aby wziąć udział w konkursie, w komentarzu pod tym postem opisz zabawną historię, która przydarzyła się Tobie na wakacjach.

Na Wasze komentarze czekam do niedzieli 9 października 2016 r. do północy. Spośród komentarzy wybiorę jeden, a jego autor otrzyma serię 5 książek od Wydawnictwa Znak - wysyłka tylko na terenie Polski. Jeżeli komentujecie jako Anonim, koniecznie się podpiszcie! Inaczej Was nie zidentyfikuję. Zwycięzcę ogłoszę na moim Fanpagu.



"Danie Detektywa" - Escalivada na toście z grillowanym pstrągiem i sosem picada



Składniki / na 6-8 kanapek:

na escalivadę:
  • 1 duży bakłażan
  • 2 czerwone papryki
  • 1 biała cebula
  • oliwa
  • sól, pieprz do smaku
na sos picada:
  • pęczek natki pietruszki
  • 3 ząbki czosnku
  • 70 g płatków migdałowych
  • sól do smaku
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4-5 łyżek oliwy i trochę wody do uzyskania konsystencji sosu
dodatkowo:
  • 2 filety z pstrąga ze skórą (można zastąpić inną rybą, np. dorszem lub makrelą)
  • 4-6 kromek ciabatty lub chleba na zakwasie
  • oliwa


Przygotowanie:

  1. Zacznij od przygotowania escalivady. Papryki przekrój wzdłuż na pół, usuń z nich ogonki i gniazda nasienne. Bakłażana przekrój wzdłuż na pół, a następnie na plastry. Cebulę pokrój na ćwiartki. 
  2. Przełóż warzywa do dużej blachy lub naczynia żaroodpornego, posyp solą i pieprzem, polej oliwą. Wymieszaj rękoma, aby warzywa dobrze pokryły się oliwą. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 190 stopni C nastawionego na górną grzałkę i piecz przez ok. 30 min., aż cebula i bakłażan będą miękkie, a skórka na papryce zrobi się czarna. Warzywa możesz także przygotować na grillu ogrodowym lub patelni grillowej. 
  3. W międzyczasie przygotuj sos picada. Natkę pietruszki i czosnek pokrój na mniejsze kawałki i umieść w naczyniu blendera (najlepszy jest mały pojemnik z nożami) razem z płatkami migdałowymi i szczyptą soli i rozdrobnij na malutkie kawałeczki. Teraz dodaj sok z cytryny, oliwę i trochę wody. Zmiksuj na gładki sos. 
  4. Filet z pstrąga lub innej ryby podziel na mniejsze części. Weź ok. 2 łyżeczki picady i posmaruj nią rybę, odstaw na 15 min. do marynowania. Rozgrzej patelnię grillową i podpiecz na niej kromki chleba skropione oliwą. Zdejmij chleb i ułóż rybę skórą do dołu. Smaż ok. 3-4 min., następnie przewróć rybę na drugą stronę i smaż jeszcze 1 min.  
  5. Zdejmij skórkę z papryki i pokrój ją na paseczki. Na kromkach chleba ułóż kawałki bakłażana, papryki i cebuli, posmaruj sosem picada, a na wierzchu ułóż grillowaną rybę. Kanapeczki możesz podawać na ciepło oraz na zimno jako tapas do szklaneczki wina. 

Modyfikacje przepisu:

  • Escalivada z grillowaną rybą to również świetna propozycja na obiad. Przygotuj wtedy dwa raz więcej warzyw i podaj je na ciepło raz z gotowanymi ziemniakami (możesz też je upiec razem z warzywami) i rybą.
  • Jeżeli nie chce Ci się przygotowywać ryby, możesz podać escalivadę na toście z dodatkiem tuńczyka z puszki lub filecików anchois - tak właśnie podaje się ją w oryginale w Katalonii. 
  • W wersji wegetariańskiej pomiń rybę. Kanapeczki z warzywami i sosem picada to wspaniała przystawka, a z dodatkiem jajka sadzonego - fajny obiad. 

* Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.


***
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, pozostańmy w kontakcie. Możesz śledzić moją stronę na Facebooku lub Google +, aby być na bieżąco z kolejnymi wpisami. Obserwuj mnie też na Instagramie, gdzie znajdziesz migawki z mojego codziennego życia.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, pozostańmy w kontakcie. Możesz śledzić moją stronę na Facebooku lub Google +, aby być na bieżąco z kolejnymi wpisami. Obserwuj mnie też na Instagramie, gdzie znajdziesz migawki z mojego codziennego życia.

28 komentarzy:

  1. Jaki świetny pomysł na skonstruowanie dania pasującego do fabuły książki :D Dorsz na tostach to nowość i jak świetnie się prezentuje :) Ciekawa historia z wakacji? Potrzebowałybyśmy sporo czasu na ogarnięcie tego xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasza historia, która do dziś wywołuje u nas uśmiech :D
      Pewnego wakacyjnego dnia umówiłyśmy się z przyjaciółką na spotkanie. Dziewczyna miała urodziny dzień wcześniej, dlatego przygotowałyśmy całą blachę jej ulubionego ciacha, którego zawsze u nas bardzo zachwala. Chciałyśmy aby podzieliła się nim ze swoimi koleżankami z pracy w biurze, ponieważ nie raz zachęcała je do odwiedzenia naszego bloga. Dlatego ruszyłyśmy z misją aby rozprzestrzenić miłość dla zdrowych słodkości. Jednak na miejscu okazało się, że musiała gdzieś wyjść, dlatego same wyszłyśmy na miasto a ciacho zostawiłyśmy w sekretariacie. Po powrocie zauważyłyśmy, że blacha została ale ciasta brakowało. Okazało się, że chwile wcześniej zaczęło się arcy ważne spotkanie z jakimiś biznesmenami i panie odpowiedzialne za przygotowanie oprawy użyły naszego ciasta jako (jak to same określiły) "przynętę na grube ryby". Do ciasta dołączyłyśmy jak to mamy w zwyczaju ładną karteczkę z etykietami (bez glutenu, cukru, laktozy, wege) i ona również została postawiona przy paterze w sali spotkań. Początkowo byłyśmy rozczarowane taką sytuacją i liczyłyśmy na kilka kawałków pozostałości aby obdarować przyjaciółkę. Po spotkaniu okazało się, że kilku gości było na diecie, dwóch nie jadło glutenu a nawet znaleźli się weganie. Byli bardzo zadowoleni z nowoczesnej postawy firmy i pewnie przychylniej na nią spojrzeli. Zastępca dyrektora dowiedział się, że ciasto zostało "porwane", przeprosił i podziękował oraz również zapłacił za nie. I co najważniejsze! Niebawem będziemy robić kolejne na następne tego rodzaju spotkanie :D Cała ta sytuacja utwierdziła nas w przekonaniu, że idziemy dobrą drogą! :D Każdemu życzymy takich budujących chwil :)

      Usuń
    2. Dziewczyny, dziękuję za podzielenie się tą świetną historią! W taki zawrotny sposób zyskałyście zlecenie i może za jakiś czas rozkręcicie ciastowy biznes :P

      Usuń
  2. Ale zgłodniałem przez te zdjęcia :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słyszałam ani o książce ani o potrawie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to Ci napiszę, że potrawa jest pyszna, a książkę warto przeczytać :)

      Usuń
  4. Do zabawnej historii przydalyby sie zdjecia; niestety, jedyne zdjecia z wakacji jakimi dysponuje, sa zdjecia peknietego dysku - z tomografu :D
    Sytuacja byla o tyle komiczna, ze wykonujac salto ze schodow, myslalam o tym jak zmienilo sie moje zycie w ciagu ostatnich paru miesiecy. Rzucilam palenie, przestalam farbowac wlosy, zdrowo sie odzywiam - o, prosze, niose sobie do pracy wlasnorecznie przygotowany jogurt z miodem i orzechami... pare minut pozniej jechalam do szpitala. Jogurt ocalal; w szoku (chyba?) podnioslam sie ze schodow i zdarzylam go jeszcze schowac do lodowki :) Byl jak znalazl na kolacje - kiedy na wlasne zyczenie wypisalam sie ze szpitala :D
    Wszystko dobrze sie skonczylo - pomimo nastraszenia wizja miesiaca w lozku przez pania chirurg (serdecznie pozdrawiam!), po dwoch tygodniach fizjoterapii wrocilam do prawie normalnego zycia ;)
    Nadal zdrowo sie odzywiam i nie pale :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się nazywa historia tragi-komiczna! Cieszę się, że nic się Tobie nie stało i mogłaś opowiedzieć nam tę historię ;) Fajnie też, że trzymasz się zdrowych nawyków mimo, że życie próbowało Cię do tego odwlec ;D

      Usuń
  5. To nie danie dla detektywa, to danie dla mnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe :) A może masz w sobie coś z detektywa? :)

      Usuń
  6. Nasza ,czyli moja i mojego męża, tegoroczna, wakacyjna przygoda miała miejsce w Porto.Byc w Porto i nie odwiedzić słynnych winiarni to nie uchodzi wytrawnemu turyście.
    Dlatego też jeden z pięknych słonecznych i upalnych z dni w tym niezwykłym mieście spędziliśmy na drugim brzegu Duro ,gdzie zapach porto(wina) czuję się na ulicach(to nie żart).Mój kochany mąż chciał sprawić mi przyjemność i zaprosił mnie do najbardziej jego zdaniem renomowanej winiarni,o której czytał na jakimś blogu.Wiazalo się to ze wspinaczka na szczyt wzgórzawa w temeraturze ponad 30 stopni ,gdzie ku naszemu niezadowoleniu nie znaleźliśmy wolnych miejsc,a ja wgladalam jak pies z kreskówek.Zajrzelismy jeszcze do 2 winiarni,ale to nie bylo to czego szukaliśmy.Zaprosilam w związku z tym meza na rejs po rzece Duro,co bylo moim marzeniem.Ten punt programu byl bardzo fajny ,ponieważ na statku panowała niższa temperatura ,a widoki zawierały dech w piersiach.Gdy schodzilismy ze statku po zakończonym rejsie kapitan wręczył nam 2 zaproszenia do winiarni z gratisowa degustacja win.Winiarnia okazała sie super .Siedzieliśmy sobie przy stole i degustowalismy nasze ulubione trunki,gdy w pewnym momencie zwróciła się do nas po algielsku piękna kobieta z zapytaniem skąd jesteśmy.Gdy usłyszała,ze z Polski bardzo się ucieszyła i zawołała swojego partnera.Okazalo się ,że oni mieszkają w Holandii i tak jak my wpadli na kilka dni do Porto.Ona była...Polka ,on holenderskim biznesmenem.Doszlo do prezentacji i okazało sie,że obie mamy takie same imiona , urodziliśmy się w tym samym roku i tego samego dnia i miesiaca.Partner naszej rodaczki był zachwycony.Wraz zmoim mężem prawili nam komplementy.Wniosek był oczywiście jedyny ,ze Polki są najpiękniejsze i najmądrzejsze.Partner naszej rodaczki ugoscil nas jak potrafił najlepiej .Spedzilismy razem fajny wieczór w Porto,ktory zostanie w naszej pamięci na długo.
    Jola i Marek Jankowscy




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, wspaniała historia! Bardzo zazdroszczę Wam tak miło spędzonego czasu w Porto. Czytając, trochę się rozmarzyłam i wyobraziłam sobie siebie w tym pięknym mieście degustującą wina :) W Porto jeszcze nie byłam, za to z Mężem spędziliśmy podróż poślubną w okolicach Lizbony :)

      Usuń
  7. Świetnie to WSZYSTKO tutaj wygląda<3

    OdpowiedzUsuń
  8. Ślinka cieknie , zwłaszcza na tego pstrąga i bakłażana. Muszę spróbować koniecznie:-)
    W sumie to nic zabawnego na wakacje mi się nie przydarzyło;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. coś nieziemskiego :D a dzisiaj tak coś fajnego innego za mną chodzi :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Wakacje ubarwia mnóstwo zabawnych historii. Mi jednak zapadła w pamięci ta która wydarzyła sie gdy byłam mała i z dziadkami jeździłam do chaty na Mazurach. Pewnego wieczoru gdy weszłam do pokoju u chciałam przebrać sie w piżamę po podniesieniu spodni wypadł z nich wielki pająk kątnik domowy. Zaczęłam krzyczeć i przybiegła babcia. Rozpoczeły sie poszukiwania pająka w pościeli. Napięcie było dużo wiec gdy pająk sie znalazł babcia tez zaczęła krzyczeć. Bałam sie spać sama wiec babcia zaproponowała bym spała u niej w łożku. Niestety gdy sie położyłam okazało sie ze nad moja głowa siedzi kto? Pająk oczywiście. Babcia zaproponowała wiec żebym spała w pokoju z moim bratem. Zdenerwowana bardzo trafiłam do trzeciego juz łóżka. Położyłam sie i kogo zobaczyłam nad sobą? Pająka!!! Po raz kolejny wpadłam w histerie a babcia zaczęła sie śmiać histerycznie. Pająk został usunięty a smierć babci udzielił sie wszystkim 😊 Długo wspominaliśmy to zdarzenie nie nie a jednak zabawne 🕷🕷🕷🕷🕷🕷🕷

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało byc nie miłe w ostatnim zdaniu. Pozdrawiam serdecznie kuchennawiewiora@onet.eu

      Usuń
    2. Jakiś ten pająk uparciuch straszny :) Widać chciał się z Tobą położyć do łóżka, a Ty mu uciekałaś ;)

      Usuń
  11. Moja wakacyjna historia jest jednocześnie zabawna, trochę tragiczna ale i pokazuje, ze jednak Polacy w świecie całkiem dobrze sobie radzą ;) byliśmy ze znajomymi na wycieczce objazdowej - Holandia, Francja, Hiszpania. Oczywiście upalne lato, wiec klimatyzacja na całego w samochodzie. Poskutkowało to tym, Żr zamiast zwiedzać Grenade pojechaliśmy na camping rozkładać namiot i gotować, a dwójka kolegów - do szpitala z jednym z nich z ostra angina. Troje z nas zostało wiec na posterunku i mieliśmy w tym czasie rozstawić namiot. Wszystko przygotowane, rozstawione, rozłożone, woda na makaron bulgocze wesoło na gazowym palniku a nam przyszło wbijać śledzie. Wtedy właśnie okazało sie, ze młotek zostaw w samochodzie, który pojechał do szpitala ;) niewiele sie tym przejmując kolega znalazł niedaleko duży kamien i nim wbił śledzie. Nie dane sie było jednak rozkoszować kolacja, bo podszedł do nas młody człowiek, na oko mieszkaniec Azji, który chciał pożyczyć młotek. Kolega wiec wskazał na kamień, a ten człowiek wtedy zapytał, czy zabierze kamień i mu pomoże. Skończyło sie na tym, ze to Kuba wbijał śledzie. Ale za kilka chwil sytuacja sie powtórzyła z człowiekiem innej narodowości. I tak kilka razy. W końcu podszedł do nas juz któryś z kolei mężczyzna i poprosił o pomoc. Rozzzlodzczony Kuba wiec wskazał na kamień i powiedział: możesz nim wbić śledzie. Wcale nie jest ciężki! Chłopak podziękował, zabrał kamień, rozstawił namiot i kamien... odniósł nam. Zapytał przy tym skąd jesteśmy, w gdy sie dowiedział odparł: "stawiałem na Polskę albo Rosję. Jak nikt nie wymyśli to na pewno zrobi to Polak" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, fajna historia :) Polscy faceci to twardziele, inne narodowości powinny brać z nich przykład ;)

      Usuń
  12. Horror chorwacki ;) z kiecką w tle

    Wieki temu wyruszyłam na wakacje z mym chłopakiem,
    nasze pierwsze, zagraniczne, no i egzotyczne takie...
    Wyjechali też rodzice - jego, żeby było taniej
    (miło wiedzieć, że w portfelu chociaż grosik nam zostanie...).

    Cel: Chorwacja. Jej wybrzeże. Objazdówka wzdłuż, po plażach.
    Żadnych planów - byle łapać okazje, które los stwarza. ;)
    Długo trwało pakowanie, selekcja, dobór kreacji,
    tak by pasowały do mych najwymarzeńszych wakacji!

    Zabrałam głównie sukienki - zakupione w tymże celu -
    oraz stroje kąpielowe (potrzebowałam ich wielu...).
    W dzień wyjazdu góra naszych bagaży urosła spora,
    bałam się, że pakowanie potrwa chyba do wieczora,

    by więc choć trochę przyspieszyć wakacyjne procedury,
    poszłam do kuchni, by zrobić kanapek na drogę góry.
    Tymczasem mój chłopak wziął się za walizki, torby, siaty,
    pakując z wielkim mozołem wszelkie wakacyjne graty...

    W końcu oświadczył: "GOTOWE!". Wkrótce satysfakcja dzika
    ogarnęła nas na dźwięki odpalanego silnika...
    Ruszyliśmy. Tyle godzin trzeba było gnać przed siebie
    po tych zagranicznych drogach, by się w końcu znaleźć w niebie!

    Wreszcie - Adriatyk przed nami i wyspa Pag lśniąca bielą...
    Rozbijamy w końcu namiot. Już w nim śpiwory się ścielą...
    Chcąc się przebrać po tej drodze, co znużyła mnie szalenie,
    szukam, ale nie znajduję... "HEJ, A GDZIE MOJE ODZIENIE?!".

    Cóż. W ferworze pakowania mój "eks-chłop" zapomniał o tym,
    by wziąć torbę z sukienkami. Oj, chyba będą kłopoty...
    Co zostało mi w Chorwacji? Krótkie spodnie - w nich jechałam -
    i szaliki, z których sobie... SUKIENKI SKOMBINOWAŁAM!

    Dobrze, że nad tamtym morzem w upałach wprost niesłychanych
    każdy chodził maksymalnie hmm, cóż... ROZNEGLIŻOWANY! ;)
    Zresztą, na nudystów plaży nie miałam żadnych problemów,
    więc nie robiłam awantur roztargnionemu byłemu. ;-)

    A wieczory w różnych knajpkach, miasteczkach czy w Dubrowniku
    spędzałam w sukienkach z szalów (całe szczęście - nie z ręczników!)... :D
    Cóż, grunt to być kreatywnym, nawet w warunkach polowych
    i nie tracić w takich razach swojej roztargnionej głowy...

    A brak sukienek? Przyznaję: nie przeszkodził mi w zabawie,
    zaś po powrocie do domu zapomniałam o nich prawie...
    Tak to bywa, gdy się facet zabiera do pakowania,
    a kobieta go nie sprawdzi.

    Pozdrawiam.
    W sukience. ;-)

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to dobrze, że chociaż te nieszczęsne spodenki miałaś ;) I brawo za kreatywność - nie tylko z sukienkami z szalów, ale też za taką fajną, rymowaną opowieść :)

      Usuń
  13. KTO TU SCHUDŁ ?
    Od 15 sierpnia byłam na diecie/głodówce dr Ewy Dąbrowskiej. Myślałam, że wakacje się kończą, nigdzie już nie wyjadę, więc mogę dietować bez przeszkód. Ale mój Mąż postanowił pożegnać lato w Zakopanem. Trudno. Na 3 dni wzięłam z domu "wałówkę", ale po tym czasie nie było już tak różowo. Nie dość, że nie miałam apetytu stale na te same warzywa i owoce, to nie mogłam dostać w restauracjach "głupiej" zupy na wywarze warzywnym. Przeszłam całe Krupówki oraz Zamojskiego i NIC. Dopiero ostatniego dnia pobytu weszłam do restauracji, w której kiedyś świętowaliśmy Wigilię. Weszłam dla świętego spokoju, bo nie miałam złudzeń, że i tam nie będzie tego, co chcę. A było !!! Zupa dyniowa. Dostałam na wynos. Szłam prędko na kwaterę, żeby zjeść to wyborne danie (głód jest dobrym kucharzem.A wcześniej poszliśmy do góralskiej restauracji. Wybrałam sałatkę gaździny, ale bez sosu, grzanek i kurczaka. Na talerzu został mix sałat i 2 ćwiartki pomidora. Nie mogłam przełknąć. Cicho spytałam Męża, dlaczego kelner przechodząc co chwilę koło naszego stolika nie spyta mnie, czy mi to danie smakuje. Mój Mąż zdobył się na odwagę i spytał tego pana. A on z uśmiechem opowiedział, jakie zdziwienie wywołał w kuchni, gdy przyszedł z tak niecodziennym zamówieniem. Kucharz nawet chciał dodać ogórka, ale nie dodał. Czemuuu ? Oczywiście nie spałaszowałam tej zieleniny. Moja dieta udzieliła się Mężowi. Nie miał na nic chęci. Szedł od restauracji do restauracji i wybrzydzał: tego nie lubi, tamtego jest za dużo, a on tyle sam nie zje, a jak mu nie pomogę. I tak "wylądował" w sklepie spożywczym, gdzie kupił zwykłą bułkę i serek topiony. I jadł ze smakiem na głównej ulicy w stolicy golonki, pieczystego i opiekanych gruli ! Ja bym zjadła woła z kopytami, ale zgrywałam twardą babę, co sobie dietę wymyśliła. Po przyjeździe do domu zważyliśmy się. Schudłam po wielu trudnościach 1,8 kg, a Mąż bez wysiłku 2,5 kg. I gdzie tu sprawiedliwość ???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, niestety faceci mają łatwo z tym odchudzaniem, a to zazwyczaj nam kobietom zależy :)
      Czytając Twoją historię zastanawiam się, czy schudliście tak naprawdę od jedzenia, a może od chodzenia po Krupówkach w tę i z powrotem? :)

      Usuń
  14. Schudliśmy od niejedzenia.
    Co prawda trochę sobie pochodziliśmy, najmniej po Krupówkach.:)
    Człowiek nie może być szczęśliwy patrząc na dobre jadło i ograniczając konsumpcję. Coś od życia się przecież należy.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na moim blogu i pozostawione komentarze:) Jeżeli wypróbowałaś/eś przepis z mojego bloga, prześlij mi zdjęcie, a umieszczę je w galerii na Facebooku.